Napisane przez: akurzej | Grudzień 21, 2009

Polska: Kraj bez twarzy

            Co to jest Polska? Aby propagować Polskę, trzeba zdecydować, co Polska dla Polaków reprezentuje i jak chcemy, aby ona była reprezentowana zagranicą. Wawrzyniec Smoczyński zaczyna od przykładu polskiej ambasady w Berlinie. Ambasada znajduje się w okolicy, gdzie nieomal wszystko przez te ostatnie dwadzieścia lat było odnowione, a więc, aby za bardzo nie różnić się i aby propagować pozytywny wizerunek Polski, Ministerstwo Spraw Zagranicznych zaprojektowało program modernizujący polską ambasadę. Projekt był ogromnym sukcesem w Berlinie, i w rezultacie, Polska podjęła decyzje, że powinna zacząć pracę nad odbudowywaniem jej wizerunku.

            Ale zmiana spojrzenie na Polskę nie jest łatwa. Po pierwsze, jest trudno dociec, na co media i przywódcy innych krajów będą patrzyli w Polsce. Na przykład, autor pisze, że „same obchody 4 czerwca (pierwsze wolne wybory w Polsce w 1989 roku) miały być wielkim polskim świętem”, ale z wszystkich ważnych zaproszonych osób, tylko Angela Merkel pojawiła się na tą okazję. W przeciwieństwie do tego, wybory do Europejskiego Parlamentu były znacznie bardziej zauważane. Po drugie, projekty, które mają mieć wpływ na opinię publiczną potrzebują lat, aby naprawdę zmieniły wizerunek Polski. Z tego powodu, te plany muszą być długotrwałe i kontynuowane nawet po zmianie kolejnego rządu.

Według niemieckiej gazety „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, premier polski, Donald Tusk, jest aktualnie jednym z najważniejszych polityków w Europie, razem z jego odpowiednikami z Francji i z Włoch. Według autora, rząd braci Kaczyńskich był krokiem wstecz dla Polski, ale ulga po wygaśnięciu ich terminu spowodowała większe zaufanie do nowej ekipy Tuska. Polska znajduje się obecnie w silniej pozycji: jej reputacja polityczna polepsza się i kraj jest jednym z największych państw w Unii. Polska jest zauważana, jako jedna z sześć największych krajów Unii pod względem populacji, więc po Traktacie z Nice (2004), Polska jest reprezentowana w instytucjach Unii europejskiej mniej więcej tak samo jak Francja i Niemcy, jeśli chodzi o ilość głosów. Na dodatek ona to zrobiła tylko w dwadzieścia lat po upadku komunizmu. Ten fakt znaczy, że Polska teraz ma okazję zmienić swój wizerunek, co w tej chwili kojarzy się z przeszłością. Ale od czego zacząć?

            Autor pisze, że obraz Polski jest dość pozytywny, ale że to nie wystarczy, aby polepszyć opinię publiczną o Polsce. Polska to jest „…sympatyczny kraj, ma potencjał, ale patrząc z zagranicy, nie sposób powiedzieć o nim cokolwiek konkretnego. Po 20 latach przemian dla świata jesteśmy czystą kartką.” Polska w krótkim czasie wymazała dużo negatywnych opinii o sobie zastałych z czasów komunistycznych i teraz jest jak tabula rasa. Jest to najwyższy czas dla Polski, aby zaprezentować nowy tak więc wizerunek kraju i podnieść jej światową pozycję w rankingach krajów.

            Zmiana polskiego wizerunku jest celem sześćdziesięciu rożnych instytucji w Polsce. Według indeksu „Anholt-GfK Nation Brands”, Polska najsłabiej sobie radzi w dziedzinach kultury i turystyki, co zwykle było uznawane, za jej atuty. Z tego powodu, rożne instytucje inwestują w Polskę rozumianą jako marka. Te pieniądze – około 100-200 milion złotych – będą inwestowane w „promocję Polski za granicą, czyli reklamowanie tego, co dana instytucja uważa za wartościowe”, pisze Smoczyński. I tu powstaje się problem. Te instytucje często reklamują to, co może szkodzić wizerunkowi Polski, ponieważ stereotypy kojarzą się z przeszłością i z negatywnymi perspektywami. Autor cytuje wódkę i sztukę ludową, jako przykłady negatywnego tradycjonalizmu, ponieważ nic konkretnego nie mówią o kraju. W rezultacie wysiłki tych instytucji nie składają się w jedną całość i Polska nie robi postępu w budowaniu nowej marki lub nowego charakteru.

            Trzeba również popatrzyć, co robi Ministerstwo Spraw Zagranicznych w celu dyplomacji publicznej. Najważniejszym zadaniem MSZ to jest współpraca: ponieważ inwestycje dużo kosztują, MSZ pracuje razem z instytucjami, aby zgromadzić środki finansowe, co pozwoli na większy rozwój. Projekty MSZ obejmują wachlarz zagadnień: od prostowania historii, do inwestycji w dyplomacji publicznej, która rożni się od dyplomacji tradycjonalnej tym, że rząd próbuje zaangażować społeczeństwo.

            Podsumowując, należy także się zastanowić, jakie jeszcze Polacy mają możliwości i z czego jeszcze nie skorzystali. Według rożnych dyplomatów z Zachodu, Polacy są bardzo twórczym narodem i mają dużą, niespożytą energię na budowanie nowego obrazu Polski. Niestety Polacy często używają tą energię na prezentowanie się, jako naród w roli ofiar, co jest czasami rezultatem prostowania historii, zwłaszcza kiedy koncentrujemy się tylko na tym, co było dla nich negatywne. Mirosław Boruc, prezes Instytutu Marki Polskiej, mówi, że „Polska jest rzadkim przypadkiem kraju, którego realna kondycja jest lepsza, niż wynikałoby to z jej opinii.” To znaczy, że Polska ma możliwość zaprezentowania ludziom, jakie postępy ona już zrobiła i zacząć pracować nad marką Polski. Polska ma czystą przyrodę, robi postępy polityczne na scenie Unii europejskiej, ma dużo niewykorzystanej kreatywności i gospodarkę, która nie weszła w recesję tak jak u większości jej sojuszników.

            Według Smoczyńskiego, Polska ma przed sobą co najmniej dwie okazje, by zmienić swój wizerunek: półroczne przewodnictwo w Unii europejskiej i Euro 2012. Według Jean Quatremer, który odpowiadał na pytania studentów z SciencesPo w Brukseli, 8 grudnia, 2009, rząd Polski już od dwóch lat przygotowuje się  do prezydencji Rady Unii Europejskiej (Conseil) w 2011 roku, czego nie zrobiła na przykład Republika Czeska. W rezultacie, według Quatremera, Czesi nie byli dobrze przygotowani i ich pozycja w opinii publicznej spadła. Natomiast, jeśli chodzi o Euro 2012, Polska juz od 2008 roku przygotowuje się i rozbudowuje infrastrukturę. Wniosek z obserwacji tych wysiłków może być taki, że Polska zdaje sobie sprawę, że ma długą drogę przed sobą i że jest gotowa podjąć konkretne zmiany. Czy po prezydencji i po Euro Polska uzyska nową opinię publiczną? Oczywiście jest to trudne do przewidzenia, ale pewne jest, że Polska już robi postępy, ponieważ jej reformy realizują się nie tylko w polityce, ale również na polu kulturalnym.

Agnieszka KURZEJ

Smoczyński, Wawrzyniec. „Polska, kraj bez twarzy”, Polityka, 4 lipca, 2009, strony 30- 34.

Reklamy
Napisane przez: akurzej | Listopad 7, 2009

„Pro-Polański?” – Komentarz

Pani Nawrocka zadała takie pytanie: Na postawie artykułu wyrazić swoją opinie, czy należy bronić Polańskiego. Artykuł był z francuskiej gazety, Le Monde.

Véronique Maurus pisze o aferze Polańskiego. Autorka przedstawia opinie za i przeciw Polańskiego, ale nie daje konkretniej informacji o sytuacji Polańskiego. Tak więc myślę, że na postawie tego jednego artykułu nie można dojść do wniosku, czy należy bronić Polańskiego, czy nie. Po pierwsze możemy się tylko domyślić, że to stało się 30 lat temu z dziewczynką, która miała 13 lat. Po drugie, wszystkie cytaty są subiektywne i przedstawiają różnie sytuacje. Niektórzy pytani mówią, że Polański nie jest pedofilem a inni mówią, że zgwałcił niepełnoletnią dziewczynkę. Więc trzeba znaleźć fakty, aby obiektywnie zdecydować, czy należy bronić Polańskiego, czy nie.

Po dowiedzeniu się, że Polański miał relacje seksualne z dziewczynką, która miała 13 lat i którą upił szampanem i otumanił narkotykami, można powiedzieć, że powinien być sądzony. Nie zostało zdecydowane przez sąd, czy Polański miał stosunek z niepełnoletnią, czy on ją zgwałcił, ponieważ Polański schronił się w Europie przed procesem sądowym. Pewne jest to, że Polański popełnił błąd i trzeba go oddać w ręce sprawiedliwości. Z tego powodu, moim zdaniem należy dokonać ekstradycji i decydować w sądzie, jak najlepiej rozwiązać tą sprawę. Polański ucieka przed prawem wystarczająco długo.  

Obiektywnie na to patrząc, jeśli ktoś inny popełniłby to samo przestępstwo byłby natychmiast skazany przez prawo i społeczeństwo. Więc Polański powinien być sądzony, żeby zdecydować, dokładnie co się stało, w jakich warunkach i powinien być skazany z kodeksem prawnym, ponieważ prawo dotyczy wszystkich. Niektórzy myślą, że ponieważ twórczość Polańskiego miała taki duży wpływ na społeczność, to powinniśmy wybaczyć „biednemu” Polańskiemu. Również ludzie mówią, że to nie jest pierwszy raz, kiedy coś takiego stało się i podobne sytuacje można znaleźć w historii. „Polanski n’est pas le premier à avouer sa prédilection pour les jeunes filles.” Czy to ma znaczyć, że Polański ma coś na usprawiedliwienie ? Absolutnie nie. Polański jest człowiekiem jak każdy inny i nie jest ponad prawem.

Agnieszka KURZEJ

MAURUS, Véronique. „Pro-Polanski?”, Le Monde, 10 października, 2009.

Napisane przez: akurzej | Listopad 7, 2009

Kraina rupieci

Artykuł Andrzeja Zagrodzkiego jest zaskakujący od pierwszego zdania. Andrzej Zagrodzi zaczyna od przykładu, w którym robi aluzje do czasów komunistycznych. Jeśli ktoś nie wiedziałby, że ten artykuł jest o rzeczach używanych, to pomyślałby, że dotyczy komunizmu. Mimo, że ten artykuł wcale nie jest o komunizmie, ta aluzja jest odpowiednia, ponieważ autor pisze o tym, jak rynek używanych rzeczy odzwierciedla ideologię polityczną w codziennym życiu.

Andrzej Zagrodzki zaczyna od prostych rzeczy: od ubrań. Kiedy myślimy o rzeczach, które możemy kupić używane, albo „second hand”, to myślimy o ubraniu. Lumpeksy, gdzie można kupić ubrania nieco używane, robią się coraz bardziej popularne. Według sondażu, coraz mniej ludzi broni się przeciw zakupom w lumpeksach. W 2002 roku 66 procent ankietowanych odpowiedziało, że nic nie kupują w lumpeksach, ale w 2008 roku już 58 procent odpowiedziało tak samo. Ubrania są najprostszym przykładem nowej perspektywy, ale nie jedynym.

Widać na ulicach również więcej używanych samochodów. Zagrodzki pisze, że „W tym roku na jeden nowy samochód osobowy kupiony w naszym kraju przypadają dwa używane sprowadzone z Zachodu.” Więc sprzedaż używanych samochodów wzrasta w stosunku do nowych. Ale kiedy ludzie chcą pozbyć się starego samochodu, to często bywa, że części tego samochodu nie są złomowane, lecz znajdują się w sklepach części zamiennych, co jest nielegalne. Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego, Jakub Farys, mówi, że „Fakt, że są dopuszczane do ruchu, świadczy jedynie o niesprawności naszego systemu kontroli technicznej.” Więc, czy handel używanymi rzeczami jest skorumpowany?

Trzeba pomyśleć, dlaczego lumpeksy robią się coraz bardziej popularne i dlaczego rzeczy używane są teraz bardziej akceptowane. Po pierwsze, z punktu widzenia klienta, kupienie czegoś używanego za nieduże pieniądze, czegoś, co jest całkiem ładne albo użyteczne, ma efekt adrenaliny. Po drugie, w czasach dekoniunktury trzeba robić, co można, aby zaoszczędzić trochę pieniędzy. Ale, używane rzeczy nie są ani łatwym ani najlepszym rozwiązaniem dekoniunktury. Ludzie tracą pracę w Polsce, ponieważ przemysł jest zdominowany przez zachód. Konkurencja z zachodu może być zbyt silna na utrzymanie polskiej branży.

Mimo, że używane rzeczy są popularne, ponieważ są dobrymi zakupami, czy jest jakaś granica? Po pierwsze, czasami nie wierzy się, co można sprzedać drugiej osobie. Na przykład, można kupić używane slipy w lumpeksach, co jest kontrowersyjne ze względu na zdrowia. Również kontrowersyjne, jest zbierania resztek z punktów pomocy charytatywnej. Chociaż te ubrania są „resztkami” może powinny tam zostać, ponieważ będą potrzebne komuś innemu. Ubrania z punktów pomocy charytatywnej są sprzedawane albo rozdawane z myślą o ludziach, których nie stać na nowe. Może najbardziej szokujące jest korzystanie z używanego sprzętu przez Wojsko Polskie. Po drugie, co się stanie z przemysłem polskim, jeśli produkty są coraz częściej importowane? „Gigantyczna skala importu odzieży używanej niszczy polski przemysł tekstylny” twierdzi Jerzy Garczyński z Polskiej Izby Odzieżowo-Tekstylnej. Wracając do Wojska Polskiego, polscy producenci sprzętu wojskowego protestują używania sprzęty z zachodu, ale polski sprzęt starzeje się i bez zagranicznego sprzętu, modernizacja będzie trudna, kosztowna i czasochłonna.

Żeby, wytłumaczyć dokładniej funkcjonowanie rynku używanych rzeczy, Andrzej Zagrodzki pisze, że „Nasze aspiracje konsumpcyjne są często większe od możliwości ich zaspokojenia.” Najważniejsze, czy najbardziej symboliczne w tym wszystkim jest źródło używanych rzeczy: zachód. Wydaje się, że wszystko z zachodu jest atrakcyjne w cenie i w odbiorze. Więc, pytanie jest takie: czy Polska, po tylu lat, ciągle czuje, że musi zbliżyć się do Zachodu? A jeśli tak, to czy to jest najlepsza droga?

Agnieszka KURZEJ

ZAGRODZKI, Andrzej. „Kraina rupieci”, Polityka, nr 37, 12 września, 2009.

Napisane przez: akurzej | Listopad 7, 2009

Pamięć i pamiętliwość – Komentarz

Adam Krzemiński pisze, na temat dlaczego Polacy nie powinni i nie mogą zapomnieć, co się stało we wrześniu, 1939 r. Adam Krzemiński koncentruje sie nad tym, co mogłoby się wydarzyć, jeśli reakcja Polaków do kampanii wrześniowej byłaby inna i co dzisiaj może nam pomoc zrozumieć, co się stało. Do tego dnia są nierozwiązane kontrowersje, kto jest winny i możliwość innego przebiegu historii.

We wrześniu, 1939 r. Polska była zaatakowana z obu stron: Naziści z zachodu i Sowieci ze wschodu. Mimo, że Polska była podzielona przez takie mocarstwa ona jeszcze nie zginęła i przeżyła jeszcze jeden przewrót w historii. Myśl, że „Polacy byli narodem bohaterskim, ofiarą agresji sąsiadów i wiarołomstwa sojuszników” wyjaśnia, dlaczego Polacy nie mogą zapomnieć tej epoki w historii. I na tej podstawie bazują dzisiejsze relacje miedzy Polakami, Niemcami i Rosjanami.

Adam Krzemiński pisze o problemie, który dzisiejsza młodzież ma przed sobą. Książki do nauki historii są napisane z myślą o walce, którą Polska przeżyła, ale nie biorą pod uwagę aktualnych dziejów w Europie, na przykład walka Ukraińców o własny kraj. Taka „bezrefleksyjna pamiętliwość” jest problemem dzisiejszego społeczeństwa. Musimy być krytyczni i znaleźć równowagę miedzy pamięcią polskiego września, przebaczeniem sprawcom i obwinianiem. Żeby mieć dobre relacje z sąsiadami, i żeby przełamać uprzedzenia i stereotypy, wszystkie strony muszą być dobrze poinformowane.

Pogodzenie się z tym, jak pisze autor, co stało się siedemdziesiąt lat temu może być osiągnięte różnymi sposobami. Na przykład młodzież mogłaby organizować rajdy pamięci i pojednania. Również potrzebne są nowe publikacje zgodne z prawdą. Mimo, że te historie są trudne, ponieważ często opisują straszne ludzkie losy, autor wymaga, aby nie były zapomniane. Ale, autor również pisze o hipotetycznych przebiegach i wynikach wojny i o niezakończonych sporach. Polacy pytają się, czy można było unikać katastrofy i kto jest za nią winny? Inaczej mówiąc, czy linia powstańcza była właściwa? Adam Krzemiński analizuje książkę Tomasza Łubieńskiego, „Rok 1939”, i opinie Pawła Wieczorkiewicza, w których są wymienione alternatywy polskiej polityki, które mogłyby wpłynąć na rezultat wojny. Porównują rezultaty sąsiadów i dochodzą do wniosku, że być na właściwiej stronę, to nie zawsze jest najbardziej korzystne.

Krytyka przeszłości jednakże nie wystarczy do zbudowania nowych relacji z sąsiadami. Adam Krzemiński pisze, że „w końcu liczy się tylko wariant dokonany”. Nic nie możemy zmienić oprócz nasze spojrzenia na aktualność. Trzeba zgodzić się, z tym, co się stało i wyciągnąć z tego wnioski. Mimo, że decyzje polskiego rządu podczas drugiej wojny światowej były honorowe, jeśli Polska będzie kontynuować swojej politykę z myślą, że nie popełniła żadnych błędów, to relacje z sąsiadami nie będą robić postępy.

Agnieszka KURZEJ

KRZEMINSKI, Adam. „Pamięć i pamiętliwość”, Polityka, nr 35 (2720), 29 sierpnia, 2009, 12-14.

Napisane przez: akurzej | Październik 19, 2009

Pamiec i Pamietliwosc–Artykul i komentarz

http://archiwum.polityka.pl/art/pamiec-i-pamietliwosc,425453.html

Polityka – nr 35 (2720) z dnia 2009-08-29; s. 12-14

Adam Krzemiński

Pamięć i pamiętliwość

Polski wrzesień – rocznica wybuchu II wojny – dość niespodziewanie nabrał politycznego charakteru i międzynarodowego wymiaru. Pojawiły się ponownie kontrowersje w ocenach tamtego momentu historycznego, które, zdawałoby się, dawno już wygasły.

Huśtawka naszych rocznicowych nastrojów może przyprawić o zawrót głowy. W jedną sobotę na ekranach telewizyjnych gromimy bolszewików; już w następną Stalin jowialnie uśmiecha się do Ribbentropa. W sierpniowy poniedziałek 31 duma rozsadza pierś, że Solidarność wyznaczyła początek końca komunizmu. Ale już we wrześniowy wtorek mamy ściśnięte gardło. To odruch warunkowy na widok znanych od dzieciństwa migawek filmowych – ostrzał Westerplatte, sztukasy nad Warszawą, wyłamany szlaban graniczny.

Według badań jesteśmy przekonani, że w XX w. – tym najgorszym stuleciu w dziejach Europy – Polacy byli narodem bohaterskim, ofiarą agresji sąsiadów i wiarołomstwa sojuszników. A równocześnie mamy kłopoty z uznaniem faktów wstydliwych: mocarstwowej bufonady przed wybuchem wojny, bezhołowia w kampanii wrześniowej, donosicielstwa w czasie okupacji, obojętności na los Żydów, nie mówiąc już o Jedwabnem. Po bez mała dekadzie narodowej ofensywy w polityce historycznej nasza pamięć zbiorowa zakrawa na starannie konserwowaną pamiętliwość. Nie bardzo pobudza do krytycznej refleksji nad błędami przedwojennej polityki, która tak fatalnie skalkulowała rachunek strat i zysków. Stereotypowi polskiej ofiary, „która uratowała Europę”, nierzadko towarzyszy moralność Kalego: ukraińska walka o własne państwo to bandytyzm, ale nasze powstania śląskie po niekorzystnym plebiscycie są w porządku.

Bezrefleksyjną pamiętliwość gładko wspiera również TVP. Trudno o większy kicz niż ten spot o Powstaniu jako morowej przygodzie dla młodzieży. Gitarzysta w knajackim outficie – pusta, nalana twarz, kapelusz i ciemne okulary – wesoło synkopuje pieśni powstańcze, a w tle gromadka dzieci radośnie wbiega do nowiutkiego kanału. Czuwaj wiara! Byczo jest! W czasach Gomułki za partyzanckie piosenki Czerwone Gitary zostały przyjęte do ZBoWiD. Jednak „W szczerym polu biały krzyż” przynajmniej nie opiewał wojny dzieci.

Bezkrytyczna heroizacja naszego wojowania w XX w. jest zresztą kłopotem pedagogicznym. Jak układać stosunki z sąsiadami, jak uczyć młodzież współżycia i współdziałania z Niemcami, Rosjanami, Ukraińcami, gdy kanon zbiorowego wychowania jest oparty na odruchach warunkowych: skurcz w gardle i żale historyczne zamieniane w rzekomo wciąż przez sąsiadów niespłacone weksle.

Terapia w dialogu

Ta historyczna pamiętliwość przypomina nerwicę natręctw. To prawda, że nasz neurotyczny stosunek do sąsiadów ma stare korzenie. Jednak pogłębiły go wojny graniczne po 1918 r.: z Ukraińcami o Lwów, z Niemcami o Wielkopolskę i Śląsk, z Litwinami o Wilno, z bolszewikami o wszystko. A jeszcze Zaolzie, pokrzykiwanie „Na Kowno!” i chełpliwe zapowiedzi, że za tydzień będziemy w Berlinie. To prawda, że po pierwszej wojnie światowej inna była w Europie norma stosowania przemocy w stosunkach międzynarodowych niż dziś. Gdyby Slobodan Milošević pojawił się wtedy, to pewnie uchodziłby za serbskiego Bismarcka. Teraz za serbskie wojny graniczne stanął przed Trybunałem Haskim.

Upajanie się dawnymi przewagami i rozpamiętywanie klęsk bardziej jest związane z mitomanią niż twórczą pamięcią. Pamięć nie polega na powtarzaniu formułek, lecz na krytycznej analizie przeszłości, na przezwyciężeniu urazów i na umiejętności wczucia się w drugą stronę. Nie ma lepszej terapii – a teolog powiedziałby – przemiany niż dialog i rzut oka na siebie z boku. Zamiast przelicytowywać się rzeziami na Wołyniu i Akcją Wisła młodzi Ukraińcy i młodzi Polacy mogli przecież byli zorganizować wspólny ukraińsko-polsko-czesko-niemiecki rajd pamięci i pojednania. Od Wołynia do Monachium – śladami zarówno Bandery jak i wołyńskiej dywizji AK, kampanii wrześniowej 1939, Łambinowic, Krzyżowej i Hradec Kralowe. A w Bawarii śladami powojennej emigracji. Taki rajd uczyłby młodych ludzi nie tylko dumy, ale i wstydu z własnej historii, a przede wszystkim patrzenia na siebie bardziej realistycznie, także oczami sąsiada.

Po to, by młodzi Niemcy i Francuzi nie spotykali się po przeciwnych stronach frontu, lecz na wspólnych wycieczkach, Adenauer i de Gaulle zainicjowali sowicie dofinansowywaną przez państwo wymianę młodzieży. Niemieckie słowo „Jugendwerk” weszło po 1989 r. również do języka politycznego w naszej części Europy. Dzięki partnerstwu szkół i wymianie młodzieży setki tysięcy młodych ludzi z sąsiednich krajów mogło nawiązać ze sobą kontakt. To przełamywanie uprzedzeń i stereotypów było jednak dla ministra oświaty i wicepremiera w rządzie PiS solą w oku. W końcu utrwalanie antyniemieckich fobii nasi narodowcy nadal uważają za swą rację bytu.

Na to, by 5 października, 70 lat po przemarszu Wehrmachtu przez Aleje Ujazdowskie, ostatecznie wyprowadzić z Warszawy upiory przeszłości i na luzie urządzić polsko-niemiecki festyn młodzieżowy, trzeba by pewnie woli i energii Jerzego Owsiaka, a nie placówek państwowych. Niemniej polsko-niemiecki Jugendwerk, wydając właśnie z okazji rocznicy Września w dwóch wersjach językowych ambitnie pomyślaną publikację oświatową „Polska – Niemcy. Wojna i pamięć”, spróbował przerzucić pomost między pamięciami zbiorowymi dwóch sąsiednich narodów.

Redaktorzy książki, Jerzy Kochanowski i Beata Kosmala, zestawili 15 esejów polskich i niemieckich autorów o historii międzywojennej i wojennej obu krajów oraz o recepcji II wojny w Polsce i Niemczech. Poza tym przygotowano obszerny słownik 145 pojęć kluczowych w polsko-niemieckich debatach na temat wojny. Szkoda jedynie, że pominięto nasz mit Gdyni i polski udział w bitwie o Atlantyk. W końcu to wiatr od morza był w okresie międzywojennym symbolem nowoczesnej Polski i główną kością niezgody z Niemcami. Poza tym powstała edycja dość encyklopedyczna, jak gdyby autorzy – z jednym wyjątkiem – obawiali się nie tylko wyrazistej polemiki z obowiązującymi dziś opiniami, ale i bardziej ryzykownych tez czy analizy alternatywnych scenariuszy. Tymczasem to one mogłyby pobudzić młodych ludzi do wymiany zdań. Choć trudno dyskutować nie mając minimum wiedzy.

Wersja niemiecka

O tę wiedzę zatroszczyła się tym razem również telewizja niemiecka przygotowując dokumentację „Najazd. Wojna Niemiec przeciwko Polsce”. Filmowi towarzyszy atrakcyjnie napisana książka pracownika Niemieckiego Instytutu Historycznego w Warszawie. Jochen Böhler najpierw szkicuje przyczyny wojny i momenty zwrotne ostatnich miesięcy, potem prezentuje polskie i niemieckie mity związane z kampanią wrześniową. Przy czym zabawne, że i on przegapił polski wiatr od morza. Zapomniał o naszym micie „Orła” przedzierającego się bez map do Anglii. Są natomiast wypunktowane niemieckie zbrodnie wojenne, od bombardowania Wielunia poprzez rozstrzeliwanie polskich jeńców wojennych po masakry ludności cywilnej wykonywane zarówno przez szwadrony śmierci SS jak i Wehrmacht. Jest pokazana rola propagandy, nienawiść i pogarda do Żydów i Polaków. Ale także początek buntu sumienia oficerów, którzy właśnie na widok terroru hitlerowskiego w Polsce wzięli udział w spisku przeciwko Hitlerowi.

Pamięci historycznej nie utrwala kicz telewizyjnych spotów, lecz żmudna archeologia jednostkowych losów ludzkich. W tych dniach w niemieckich księgarniach obok „Najazdu” można znaleźć inną jeszcze książkę o polsko-niemieckiej wojnie „Ostatni dzień Borowa” Konrada Schullera. Warszawski korespondent „Frankfurter Allgemeine” odbył setki rozmów z mieszkańcami wioski spalonej 2 lutego 1944 r. przez niemieckich policjantów, żołnierzy Wehrmachtu i Ukraińców z dywizji SS Galizien. Przejrzał hitlerowskie dokumenty. Odtworzył różne warianty masowego mordu na setkach mieszkańców. Opisał losy tych, którzy przeżyli. I tych, którzy mordowali – jeden powiesił się po wojnie, gdy dostał wezwanie do sądu. Inny został uniewinniony z braku dowodów. Zresztą ofiary zapamiętały bardzo różne postawy najeźdźców. Jedni mordowali małe dzieci i wrzucali dziewczyny do ognia. Inni strzelali w powietrze i pozwalali uciec.

Schuller buduje wokół masakry w Borowej wielką metaforę niemieckiej okupacji w Polsce. Równocześnie dotyka odwiecznego archetypu zbrodni wojennej, powtarzalnego od starożytności poprzez wojnę trzydziestoletnią, My Lai, aż po nasze czasy. Morderczy amok, do jakiego zdolny jest rodzaj ludzki, nie jest żadnym usprawiedliwieniem dla jednostki. Puentą „Ostatniego dnia…” jest nieprawdopodobna – ale prawdziwa – historia. Otto Varnholt szarpiąc się tamtego dnia z chłopką, którą miał zastrzelić, dostrzegł, że kobieta wymachuje kopertą z jego własnym adresem w Westfalii. Jej syn był na robotach w zagrodzie jego ojca w Westfalii. Nie wiadomo, co ten żołnierz robił przedtem i potem, ale w tym momencie ochłonął i puścił kobietę wolno. Rok później nastąpi niezamierzony rewanż: Polscy robotnicy przymusowi wstawią się u Amerykanów za rodziną Varnholta… Ta relacja bynajmniej nie zaciera granic między ofiarami i katami i nie relatywizuje win. Pokazuje jednak, że wojna i pamięć to obok iluś tam słów-kluczy przede wszystkim ludzkie losy i po obu stronach bardzo różne postawy.

O ile niemieckie pytanie z okazji polskiej jesieni brzmi: dlaczego tak wielu z naszych ojców i dziadków wpadło wtedy w morderczy amok, o tyle polskie: czy można było uniknąć katastrofy i kto ją zawinił? Stawia je też Tomasz Łubieński w błyskotliwym eseju „Rok 1939”. Od słynnego „Bić się czy nie bić” z lat 70., aż po namiętną polemikę z Normanem Daviesem w sprawie Powstania Warszawskiego w „Ani tryumf, ani zgon” autor jest zdecydowanym krytykiem linii powstańczej w dziejach Polski. Również i tym razem nie szczędzi polskim politykom i wojskowym ostrzejszej krytyki. Jest to po części także spór rodzinny, ponieważ trzech Łubieńskich było w MSZ bliskimi współpracownikami Józefa Becka i pozostawili zapiski pozwalające na szczegółowe odtworzenie sposobu myślenia i mentalności ludzi, którzy podejmowali decyzje o być i nie być państwa i narodu.

Niezakończony spór

Autor „Roku 1939” nie oszczędza ani swych krewniaków, ani ministra. Wytyka Beckowi próżność i powierzchowność ocen, wielu innym notablom – zadufanie, lenistwo i prywatę. Jednak Tomasz Łubieński nie włącza Września do tradycji powstańczej. Jeszcze raz analizuje alternatywne warianty polskiej polityki w 1939 r. i dochodzi do wniosku, że chyba nie było innego wyjścia. To „chyba” jest jednak znakiem niepewności…

Do naszej mitografii narodowej należy duma, że Polska jako pierwsza przeciwstawiła się zbrojnie Hitlerowi, że położyła kres jego „pokojowym” podbojom i biorąc na siebie furię pierwszego ataku nie zginęła bezgłośnie jak Czechy, lecz spowodowała przynajmniej formalne wejście Francji i Anglii do wojny. Niemniej od Września toczy się w Polsce podskórny spór, czy rzeczywiście politycy polscy dokonali trafnej kalkulacji, a może należało ustąpić, pójść na ugodę z Hitlerem, zgodzić się na włączenie Gdańska do Rzeszy, budowę autostrady do Prus Wschodnich – w końcu w 1935 r. przygotowano w polskim MSZ plany budowy wiaduktu przez Pomorze – wkalkulować nawet korekty graniczne na zachodzie i zgodnie z pokusami Ribbentropa „Morze Czarne to też morze” szukać rekompensat w krucjacie przeciwko ZSRR?

Taki wariant głosił Paweł Wieczorkiewicz, twierdząc, że Polska straciłaby z czasem korytarz, setki tysięcy polskich żołnierzy poległoby na wschodzie, ale u boku niemieckich dywizji pancernych polscy ułani przedefilowaliby w Moskwie przed Hitlerem i Rydzem-Śmigłym. Polska administracja uczestniczyłaby w kolonizacji Wschodu. Europa na kilkadziesiąt lat byłaby pod nazistowską dominacją, ale w końcu doszłoby w III Rzeszy do pierestrojki i Europa wcześniej byłaby zjednoczona. A przesunięta na wschód Polska miałaby w niej status dzisiejszych Włoch. W końcu Węgrzy, Rumuni, Finowie wzięli w 1941 r. udział w najeździe na ZSRR i mimo klęski Hitlera ponieśli mniejsze straty biologiczne i materialne niż Polacy, którzy od pierwszego do ostatniego dnia wojny byli po właściwej stronie…

Tomasz Łubieński nie oburza się przy analizie tego wariantu historii niedokonanej, ale też tylko nań kręci głową. Defilada przed Hitlerem na placu Czerwonym skończyłaby się dla Polski o wiele gorzej, niż się skończyła rzeczywista defilada przed Stalinem polskich oddziałów dowodzonych przez oficerów, znających prawdę o kolegach pomordowanych w Katyniu i aneksji przez ZSRR połowy przedwojennego terytorium. „Trzecia Rzesza musiała przegrać, bo miała pomysł tylko na niemiecki, szerzej, po rasistowsku nordycki, świat. A innym rasom czy narodom mogła zaproponować różne stopnie niewolnictwa. Więc przymierze z Hitlerem skończyłoby się dla Polski nie tylko klęską, ale i hańbą współudziału w walce z całą cywilizacją europejską, do której Polacy przecież się poczuwali”.

Pozostaje drugi wariant alternatywny, który wbijano nam do głowy w czasach stalinowskich. Trzeba było zgodzić się na system bezpieczeństwa zbiorowego z Anglią, Francją i ZSRR, to w końcu konstelacja 1945 r. …Tu odpowiedź Łubieńskiego jest krótka. To było sprzeczne z testamentem Piłsudskiego, a poza tym Stalin tej oferty nigdy nie przedłożył wprost, a jedynie poprzez Anglię i Francję – traktując Polskę tak, jak cztery mocarstwa potraktowały w Monachium Czechosłowację, jako masę przetargową. Nie wydaje się, by jakikolwiek polski polityk był w stanie manewrować w takiej konstelacji – tym bardziej że warunkiem „bezpieczeństwa zbiorowego” byłyby zarówno bazy radzieckie w Polsce jak i komunistyczna irredenta ideologiczna na Kresach Wschodnich, podczas gdy na kresach zachodnich toczyłaby się wojna…

Kraje Europy Środkowo-Wschodniej w czasie II wojny światowej wypróbowały niemal wszystkie warianty przetrwania. Czesi się poddali, Słowacy, Węgrzy i Rumuni poszli z Hitlerem na Moskwę, Finowie stawili opór ZSRR, zgodzili się na straty terytorialne, potem przy pomocy Niemców odebrali, „co im obca przemoc wzięła”, ale gdy Rzesza zaczęła przegrywać wojnę, marszałek Mannerheim poleciał do Kętrzyna, podziękował Hitlerowi za niemieckie wsparcie mówiąc, że teraz nasze drogi muszą się rozejść… Po czym rząd fiński podzielił się rolami. Kilku ministrów wzięło na siebie rolę zbrodniarzy wojennych i zostało przez fiński sąd szybko skazanych na cztery lata twierdzy, a dwóch rozpoczęło negocjacje z ZSRR. Zrezygnowano z odzyskanego terytorium i części suwerenności, ale zachowano ustrój demokratyczny i gospodarkę rynkową. Fińscy komuniści nie przejęli władzy, a zbrodniarze wojenni po odsiedzeniu kary zostali przez swych kolegów z rządu powitani kwiatami. Manewr Mannerheima się udał, a finlandyzacja była dla nas przez lata niedosiężnym marzeniem…

W przededniu wizyty Angeli Merkel i Władimira Putina na Westerplatte warto mieć w pamięci warianty niedokonane polskiej polityki w 1939 r., ale w końcu liczy się tylko wariant dokonany. Polska rzeczywiście przerwała pasmo pokojowych podbojów Hitlera i rzeczywiście nie poszła razem z Hitlerem na Moskwę.

Nie ma więc powodu, by dzisiaj w Moskwie nadal usprawiedliwiano pakt Hitlera ze Stalinem i udział Armii Czerwonej we wrześniowej agresji na Polskę. Ale nie ma też powodu, by nasza pamiętliwość zamykała nam oczy na początek zmian w rosyjskim rozumieniu początku II wojny światowej. Już sama wizyta niemieckiej pani kanclerz i rosyjskiego premiera 1 września na Westerplatte ma niebagatelne znaczenie.

Adam Krzemiński

„Polityka” przygotowała wydanie specjalne opisujące wydarzenia sprzed 70 lat: „Jak rozpętała się II wojna światowa”. Bliższe informacje o zawartości i punktach sprzedaży – s. 63.

Napisane przez: akurzej | Październik 18, 2009

Olej. A to nie „ole!”

http://www.nytimes.com/2009/10/13/world/europe/13pipes.html?_r=1&th&emc=th

New York Times, 12.X.2009

MOSCOW — With an ambitious new pipeline planned to run along the bed of the Baltic Sea, the Russian natural gas giant Gazprom is driving a political wedge between Eastern and Western Europe.

Continental Divide

This article is part of a series examining Europe’s response to the global economic slump.

Denis Sinyakov/Reuters

Gazprom employees prepared to weld a section of a gas pipeline near the town of Novy Urengoy in December 2007.

The New York Times

A planned northern pipeline would serve Western Europe

Yonhap, via European Pressphoto Agency

A plant in Mukran, Germany, is a supplier for Nord Stream, a project to build a gas pipeline from Russia to Germany.

David Hecker/Agence France-Presse — Getty Images

The former German chancellor Gerhard Schröder, left, Nord Stream’s chairman, and Matthias Warnig, its chief executive.

While the Russian-German pipeline offers clear energy benefits to Western Europe, Central and Eastern European leaders fear it could lead to a new era of gas-leveraged Russian domination of the former Soviet bloc. With its gas wealth and eyebrow-raising network of personal ties, Russia has divided members of the European Union that have vowed to act collectively to protect their security.

Currently, Russian gas has to be piped through Eastern Europe to reach Western Europe. If Russia shuts off the gas to pressure a neighbor in the east, it is felt in the more powerful, wealthier countries to the west, where it touches off loud protests.

The new Nord Stream pipeline will change that equation. By traveling more than 750 miles underwater, from Vyborg, Russia, to Greifswald, Germany, bypassing the former Soviet and satellite states, it will give Russia a separate supply line to the west.

As a result, many security experts and Eastern European officials say, Russia will be more likely to play pipeline politics with its neighbors.

“Yesterday tanks, today oil,” said Zbigniew Siemiatkowski, a former head of Poland’s security service.

That is not the way the Russians present it. Gazprom, which supplies Europe with 28 percent of its natural gas, says the $10.7 billion project is commercial, not strategic.

Matthias Warnig, Nord Stream’s chief executive and a former East German, said Eastern Europe’s fears were unfounded. “The wall broke down 20 years ago,” he said. Europe needs additional natural gas to compensate for declining output from the North Sea, he said, and Russia is the best place to get it.

European officials have portrayed the project as one that helps unite Europe and enhance its collective energy security. The European Commission and European Parliament endorsed the pipeline as early as 2000 and both reconfirmed their commitments as recently as 2006.

“As far as common energy policy exists, we are part of it on the highest priority level,” said Sebastian Sass, Nord Stream’s main representative to the European Union.

But officials in Central and Eastern Europe fear that while profits from the pipeline, a joint venture between Gazprom and a trio of German and Dutch companies, will flow to Russian suppliers and German utilities, the long trod-upon countries once under the Soviet umbrella will become more vulnerable to energy blackmail.

Such tactics are hardly without precedent. A Swedish Defense Ministry-affiliated research organization has identified 55 politically linked disruptions in the energy supply of Eastern Europe since the breakup of the Soviet Union.

Until now, Russia’s use of natural gas as a foreign policy tool has been limited to short embargoes, at least in part, analysts say, because it is so blunt a club.

Last January, for example, Russia shut down a pipeline that crossed Ukraine, ostensibly over a dispute with Ukraine on pricing and tariff fees.

The shutoff left hundreds of thousands of homes in southeastern Europe without heat and shuttered hundreds of factories for three weeks.

What had been a bilateral dispute spilled across the Continent, angering influential Western governments and costing Russia money.

The new pipeline and a similar project in southern Europe called South Stream, to run under the Black Sea, will insulate Western Europe from such actions and limit the political and financial costs to Russia.

The ability to shut off one pipeline or the other “depending on whim” makes shutoffs to Eastern Europe more likely, said Zbigniew Brzezinski, the national security adviser in the Carter administration. He called the pipelines a grand Russian initiative to “separate Central Europe from Western Europe insofar as dependence on Russian energy is concerned.”

“The Central Europeans, the former coerced members of the Soviet bloc, are the more worried,” he said.

For Eastern Europeans, the pipeline issue evokes deep memories of a darker era of occupation and collaboration, and has become a proxy debate over Russia’s intentions toward the lands it ruled from the end of World War II to the fall of the Berlin Wall.

In an open letter to President Obama last spring, 23 former Central European heads of state and intellectuals, including a former Czech president, Vaclav Havel, and a former Polish president, Lech Walesa, pointed out that after the war in Georgia last year Russia declared a “sphere of privileged interests” that could include their countries.

With the control of gas pipelines, they wrote, “Russia is back as a revisionist power pursuing a 19th-century agenda with 21st-century tactics.”

Radek Sikorski, the Polish foreign minister, has compared the pipeline deal between Russia and Germany to the 1939 Molotov-Ribbentrop Pact that divided Central Europe into spheres of German and Soviet influence. “Taking the decision first and consulting us later is not our idea of solidarity,” he said.

The din of alarm rising in the East has hardly been heard in the West, however, where Russia has pursued an effective policy of divide and conquer.

“Russia is one of the issues that divides the E.U. the most,” said Angela E. Stent, director of the Center for Eurasian, Russian and East European Studies at Georgetown University in Washington. “Russia and Gazprom go and deal very well with individual countries.”

A web of oil and gas interests in the West, as well as corporations and influential figures with ties to Russia, have greased the process of engagement with Russia.

Perhaps most visibly, a former German chancellor, Gerhard Schröder, has embraced commerce as a means to integrate Russia with Europe. Mr. Schröder was the deal’s “power broker,” says Zeyno Baran, an authority on Eurasian energy at the conservative Hudson Institute in New York. “Without him, it never would have gotten off the ground.”

Mr. Schröder’s government sealed the pipeline deal, including a $1.46 billion German loan guarantee for the project, scant weeks before he lost the 2005 election.

A few weeks later, he took a job as the chairman of Nord Stream. He has said he decided to take the job after leaving office and that he had not known of the loan guarantee.

Mr. Warnig, the project’s chief executive, served as a captain in the foreign intelligence directorate of the East German secret police, the Stasi, in the 1980s. At the time, Vladimir V. Putin, the future Russian president and prime minister, was a K.G.B. agent in Dresden, East Germany.

While his background has fueled speculation of murky cold-war-era ties underlying the project, Mr. Warnig said his spying career was irrelevant to the pipeline debate today.

Other links are more clear-cut. The former prime minister of Finland, Paavo Lipponen, was paid by Nord Stream to help secure permits. Mr. Sass, the Nord Stream liaison in Brussels, was an aide to Mr. Lipponen.

In 2008, Gazprom offered Romano Prodi, then the prime minister of Italy, the chairman’s job at South Stream; Mr. Prodi declined.

Now, with the pipeline looking inevitable, the French have decided to jump on the bandwagon as well, seeking to join the consortium through Gaz de France. Otherwise, they might have to buy gas from a German broker.

The French-German competition, analysts say, illustrates how securing coveted business with Russia has accentuated their rivalry for economic and political preeminence in Europe.

Ultimately, considerations of European unity, like the fears of Eastern Europe, are secondary in the raw struggle over resources by national and corporate interests.

It is a free-market capitalism that post-Communist Russia has cannily exploited, says Pierre Noël, a professor at Cambridge University and a fellow at the European Council on Foreign Relations.

“It is an open, competitive, capitalist economy,” he said. “People build the pipes they want to build.”

Napisane przez: akurzej | Październik 16, 2009

Hello world!

Welcome to WordPress.com. This is your first post. Edit or delete it and start blogging!

Kategorie